Masz wrażenie, że codzienne życie w mieście Cię wyczerpuje? Hałas, beton, bloki i brak przestrzeni sprawiają, że Twoje ciało i dusza są w permanentnym napięciu? Nie jesteś sama. Mieszkanie w bloku i życie w mieście może być źródłem osobliwego, wewnętrznego cierpienia. Choć tak wielu ludzi tego nie rozumie… W tym tekście opowiem o tym, co może dziać się w Tobie, gdy żyjesz w środowisku, które jest sprzeczne z Twoją naturą. I o tym, że można inaczej.
Moja dusza choruje od miasta. Nie znosi tłoku, korków i agresji na drogach w porannym pośpiechu. W bloku czuje się jak w zamkniętym słoiku. Stroni od galerii handlowych. Przytłaczają ją osiedla mrówkowce, gdzie ludzie nie znają najbliższych sąsiadów.
Mieszkałam w bloku, w mieście, ponad 15 lat – odkąd wyjechałam z rodzinnego domu na studia. Nigdy się do tego nie przyzwyczaiłam. Czasem miałam wrażenie, że oszaleję, jeśli choć na moment nie zanurzę się w przyrodzie.
Tęskniłam za przestrzenią. Za poranną kawą wypitą na bosaka, na trawie przed domem. Za zapachem prania rozwieszanego w wietrzny dzień, na sznurku między jabłonkami. Za kąpaniem psa w emaliowanej balii na swoim podwórku. Za policzkami szczypiącymi od mrozu podczas odśnieżania. Za ogniskiem rozpalonym w środku tygodnia. Za pieleniem truskawek w spiekocie słońca. Za kwaśnym sokiem papierówek zebranych spod drzewa. Za krojeniem pokrzywy dla kurzych piskląt. Za zapachem pszenicy ładowanej do worków z kopca usypanego przez kombajn. Za chłodem w piwnicy w sierpniowe popołudnie.
Mieszkanie w bloku i życie w mieście, mimo że trwało tyle lat, traktowałam jako pewien etap przejściowy. Coś, co kiedyś się skończy. Wtedy strzepnę miejski kurz ze swoich stóp i, nie oglądając się za siebie, stanę na swojej ziemi.
Im większe miasto, tym moja dusza zdaje się być bardziej umęczona. Przez kilka lat mieszkałam w 21. piętrowym molochu, na katowickim osiedlu z betonowej płyty. Chorowałam wówczas częściej, niż w ciągu całej reszty życia razem wziętej. Czułam się nieszczęśliwa, ciągle zirytowana, wydrylowana z energii. Rozpaczliwie brakowało mi bliskości przyrody. Niektórzy mówili: „Nie rozumiem, przecież masz park pod nosem…”. Ktoś, kto rozumie mój stan, słysząc takie słowa tylko się smutno uśmiechnie…
Oswoiłam nieco to uczucie bolesnego uwierania. Przez lata wypracowałam sobie sposoby na ukojenie duszy, kiedy czułam, jakbym miała się udusić.
Apteka w lesie
W kryzysowych momentach szukaliśmy z mężem na mapie terenów zalesionych. Wsiadaliśmy w samochód i jechaliśmy, aby choć na moment poczuć zapach przyrody. Zostawialiśmy auto gdzieś przy drodze i szliśmy na przełaj przez las. Aby tylko dojść do miejsca, w którym hałas z ulicy stawał się mało słyszalny, a dominującym dźwiękiem był odgłos lasu. Siadaliśmy na ściółce, czując pod palcami szorstkość korzeni i liści.
Dopiero wówczas czułam, że wracam do siebie. Uspokajam myśli. Oddycham. Czas wtedy zwalniał.
Spędzaliśmy tak zwykle dwie godziny, czasem dłużej. Aż herbata w termosie nieco przestygła, a plecy zgrabiały od opierania się o pień. Las był jak apteka, do której jechaliśmy po lekarstwo. Pobyć samemu ze sobą. Poczuć przestrzeń wokół. Był to jeden z naszych ulubionych sposobów, aby ukoić zmęczoną duszę.
W tamtym okresie często czułam się kompletnie nierozumiana. Niedostosowana, odstająca. Otaczali mnie głównie ludzie uwielbiający wielkomiejskie życie. Odskocznią były wyjazdy na różne warsztaty, np. permakultury. Tam mogłam przekonać się, że tęsknota za własną ziemią jest w bardzo wielu sercach.
Jak silne jest Twoje pragnienie?
Często mówi się, że powinniśmy żyć w zgodzie ze sobą… Myślę, że bardzo ważne jest, aby najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, na ile moje pragnienie jest silne? Jak bardzo ta konkretna potrzeba jest dla mnie ważna? Z czego będę w stanie dla niej zrezygnować? Jak wysoką cenę jestem w stanie zapłacić? Czy jest to coś, czego brak tylko nieznacznie obniża jakość mojego życia, czy coś, bez czego po prostu nie potrafię żyć?
Niektórym wystarczy weekendowy wypad w góry, aby zregenerować się wewnętrznie. Inni odżyją, gdy kupią ogródek działkowy, w którym będą sadzić własne warzywa. Jeszcze inni poczują, że są na swoim miejscu dopiero po zakupie gospodarstwa rolnego – w miejscu tak odległym od cywilizacji, że większość ich znajomych nie chciałaby tam zamieszkać za żadne skarby świata…
Szłam więc wytrwale, po betonowej pustyni. W kierunku marzenia osadzonego głęboko w moim sercu. Miałam nadzieję, że kiedyś dotrę na swoje miejsce. Stanę na swojej ziemi.
Dzisiaj, po wielu latach, mam swoją ziemię. I swój dom. Choć tyle lat spędzonych w różnych mieszkaniach, w różnych miastach, na walizkach, mocno mnie zmieniło. Mimo, że kocham miejsce, w którym żyję, staram się do niego nie przywiązywać. Dziś tu, jutro tam – kilkanaście lat życia w ten sposób zostawiło trwały ślad. I dziś, po latach, w pewnym sensie uważam to za atut.
Jeśli też niesiesz w sobie ciężar mieszkania w mieście, w bloku, a Twoja dusza zdaje się od tego chorować – widzę Cię. Rozumiem Cię. Nie jesteś w tym sama. Nie jesteś przewrażliwiona.
Nie musisz się tłumaczyć z tego, że boli Cię to, co innych nie rusza. Twoje potrzeby są prawdziwe i ważne.
Możesz marzyć o ciszy, zieleni, przestrzeni – i to jest w porządku.
Wielu z nas tęskni za życiem bliżej natury – i choć nie każdy może od razu przeprowadzić się na wieś, pierwszy krok zaczyna się w Tobie: od uznania, że życie w bloku nie jest „Twoje”. Że nie jesteś dziwna, przewrażliwiona czy niewdzięczna.
Jeśli w Twoim sercu wryte jest pragnienie wolności, bliskości z przyrodą, posiadania własnej ziemi – życzę Ci, by wszystko tak się ułożyło, aby to pragnienie wypełnić. Idź wytrwale. Nawet, jeśli wydaje się, że droga jest bardzo odległa.
