Jeśli interesują Cię dzikie rośliny jadalne, warsztaty u Łukasza Łuczaja to coś, co warto rozważyć. Miałam okazję wziąć udział w warsztatach dzikiej kuchni z dr. hab. Łukaszem Łuczajem, jednym z najbardziej znanych polskich etnobotaników. W tym artykule dzielę się relacją z tego inspirującego weekendu. Dowiesz się, jak wyglądają warsztaty dzikiej kuchni i czego można się tam nauczyć. Dzięki temu łatwiej podejmiesz decyzję, czy warto w nich uczestniczyć.
Jedziesz na warsztaty dzikiej kuchni do dr Łuczaja? Ja się bałam tam jechać
Naprawdę obawiałam się, jadąc tam. Bałam się, czy nie rozchoruję się z pragnienia, żeby przenieść się na stałe do magicznego świata, w którym będzie można tak beztrosko, w nieskończoność, spacerować z koszem pełnym ziół i brudzić ręce ciepłym mułem w poszukiwaniu kłączy? Mimo wszystko zaryzykowałam 🙂 Warsztaty dzikiego gotowania, które opisuję, odbyły się we wrześniu 2020 roku.
Pognała mnie tam niezgoda na bycie botanicznym analfabetą, który nie widzi wartościowego pożywienia wokół siebie, choć natura daje go pod dostatkiem. Pognała mnie tam moja dusza, która tak lubi odwiedzać ludzi żyjących po swojemu.
Warsztaty dzikiej kuchni – od czego zaczynamy?
Jak wyglądają warsztaty dzikiej kuchni? Zaczynamy od wspólnego zbierania roślin na sobotnie śniadanie. Wiklinowe kosze, wśród pierwszych rozmów, napełniają się liśćmi pokrzywy i żywokostu. Liście wejdą w skład placków, które usmażymy na palenisku, wykorzystując – jako patelnie – blachy na ciasto. Placki zjemy z dodatkiem białego sera i dzikiego czosnku, popijając kawą z kardamonem. A potem rozpocznie się ta część spotkania, którą bardzo lubię na warsztatach – kiedy uczestnicy nieco odsłaniają się przed innymi.
Siedząc wokół paleniska, jedni uchylają spory fragment swojego świata. Opowiadają, czym zajmują się zawodowo, jakie mają zainteresowania i dlaczego przyjechali. Inni, jakby dla równowagi, zachowają niemal wszystko dla siebie lub częstują opowieścią tylko wybrańców, którzy wydadzą im się najbliżsi, już poza forum.

Myślisz, że na warsztaty dzikiej kuchni jeżdżą same „nerdy”?
Bardzo lubię ten moment przywitania. Zawsze wtedy czuję w sobie przypływ nadziei – że wbrew temu, co zdaje się dziać ze światem, nigdy tak do końca nie zdepczemy bezmyślnie wszystkiego, co naturalne i dzikie… Nigdy tak całkowicie nie pognamy na zatracenie w świat szkiełka i oka. Coś nas zatrzyma. Już zdaje się to robić…
W takich momentach najbardziej uderza mnie różnorodność ludzi – księgowych, urzędników, mundurowych, inwestorów giełdowych, ekspedientek, kucharzy, prawników. Wierzę, że kiedy z przyrodą będzie już bardzo źle, to ten pierwiastek naturalności, który większość z nas w sobie jeszcze ma, wybuchnie z siłą, która wielu z nas zadziwi.
Chodź na co dzień często jesteśmy zanurzeni w nowych technologiach, otoczeni betonową pustynią i pozbawieni bliskiego kontaktu z przyrodą, to jednak większość z nas zachowała w sercu tę dziką cząstkę, która pcha nas do chodzenia boso po łące, każe się uśmiechać, gdy brodzimy po kostki w ciepłym stawie i sprawia, że trzask drewna w ognisku niesie ukojenie.
Jakie rośliny poznaliśmy na warsztatach u Łukasza Łuczaja?
Po śniadaniu – wyruszamy. W przedpołudniowym słońcu spacerujemy po łąkach i przydrożach. Staram się zapamiętać jak najwięcej. Zapełniam wiklinowy kosz ostrożniem i podagrycznikiem, a głowę – dziesiątkami dziko rosnących roślin jadalnych, które po drodze pokazuje nam Łukasz. Barszcz jadalny, kopytnik, kokoryczka, pięciornik gęsi, marchew polna, szczawik żółty, kminek, niecierpek himalajski – to tylko niektóre z nich. W lesie odkrywamy bogactwo grzybów, których dotąd nigdy nie odważyłam się zebrać, między innymi: żółciak siarkowy, białoporek brzozowy czy siedzuń sosnowy zwany kozią brodą. Mamy szczęście natrafić na piękne rydze i jeszcze dorodniejsze borowiki szlachetne. Te ostatnie świetnie smakują podane jako carpaccio, w towarzystwie dobrej soli i oliwy.



Gotowanie w dzikiej kuchni
Wracamy do klimatycznej, drewnianej altany, której centralnym punktem jest palenisko. Mogę teraz poczuć wspólnotę gromadnego siekania, obierania i próbowania. Czas upływa na przyrządzaniu kolejnych potraw pod okiem Łukasza. Przy nieśpiesznych rozmowach, opowieściach i ciepłym dymie z paleniska, który od czasu do czasu złośliwie przegania nas z krzeseł. Chrupią frytki z czyśćca błotnego, parzy w język herbata z białoporka, miękną w gorącym maśle rydze, błyska galaretką przekrojone „czarcie jajo”, pieką w ręce krojone pokrzywy…


Czuję się tak, jakby Przyroda pochwyciła mnie za rękę i − śmiejąc się ze mnie po cichu, rozbawiona moją nieporadnością − posadziła mnie przy stole. Wielkim stole. Kipiącym od obfitości i pstrokatym. Po czym usiadła na wprost mnie i z lekkim politowaniem w głosie, powiedziała: Zapraszam.
I patrzyła na mnie ze śmiechem, kiedy ja – jak gość niewydarzony, co to go właśnie z przedsionka na pokoje poprosili – rozglądam się niepewnie i kosztuję nowego, z zaciekawieniem i w oszołomieniu lekkim.
Wieczorem, zmęczona, wyjeżdżam na nocleg do pobliskiego Krosna. Część uczestników nocuje w miejscu warsztatów. W chatce z niebieskimi oknami, w jednej, wspólnej sali wyłożonej materacami. Ze starym kredensem i drewnianą, skrzypiącą podłogą. Nieco żałuję, że muszę jechać – wiem, że ta wspólna noc warsztatowiczów będzie obfitować w opowieści przy ognisku, poznawanie smaków lokalnego browaru, a może nawet w nowe przyjaźnie.
Warsztaty dzikiej kuchni – dzień 2. Wyprawa w leśną dzicz
W niedzielę, po wspólnym śniadaniu, wyruszamy na dłuższą wyprawę. Znów zapełniamy kosze zielenią, a głowy – botaniczną wiedzą. Cieszę się w skrytości za każdym razem, kiedy w leśnej gęstwinie dostrzegam coś, co od wczoraj potrafię już nazwać. Spacerujemy po okolicznym wzgórzu. Przedzieramy się przez leśne zarośla. Smakujemy przydrożny rokitnik. Otrząsamy mocno dojrzały dereń na foliowe płachty.


Po powrocie nad palenisko znowu czuję się jak adeptka magicznej, kulinarnej sztuki. Siedzę w kręgu, na ciepłej ziemi i cieszę oczy kolorami i kształtami grzybów, przejrzanych starannie przez Łukasza. Powoli oczyszczamy grzyby. Nabieram pewności, że nie tylko ja wyciszam się przy tej czynności i odprężam.
Zielnik o zapachu curry
Cieszę się ubrudzonymi od grzybów dłońmi, skleconym na prędce w trakcie wędrówek zielnikiem i tajską zupą curry, którą za chwilę wypełnię talerz. Odwracam twarz do słońca. Za moment dobiegnie końca moja wizyta w świecie dymiących kociołków, błyskających w słońcu tasaków do ziół i wiklinowych koszy. Myślę o tym, że moja droga do domu zajmie mi niewiele więcej, niż godzinę. I o tych wszystkich, których potrzeba zanurzenia się choć na chwilę w Przyrodzie, przygnała tutaj aż z Gdańska, Poznania czy Warszawy.
Wyjeżdżam z żalem. Zabieram ze sobą siatkę wypełnioną owocami dojrzałego derenia; zeszyt, do którego wkładałam co ciekawsze okazy roślin; aparat z setkami zdjęć i sfatygowany notesik, w którym podczas spacerów gryzmoliłam nazwy roślin.
Wyjeżdżam bogatsza o dwa dni wśród ludzi, którzy pielęgnują w sobie pierwiastek dzikości i miłość do tego, co naturalne. Chciałabym kiedyś wrócić… Wrócić by poczuć na nowo wspólnotę siekających, zbierających i odkrywających nowe smaki. Zanurzyć się raz jeszcze, gromadnie, w tej kropelce dzikości, podanej tak bezpiecznie, tak na posmakowanie.

Warsztaty u Łukasza Łuczaja – porady praktyczne z perspektywy uczestnika
- DOJAZD: Droga do chatki Łukasza na końcowym odcinku w wielu miejscach jest wąska – nie mieszczą się obok siebie dwa samochody. Niekiedy trzeba cofać w poszukiwaniu kawałka pobocza. Jest też kiepsko oświetlona. Wiem, że niektórym osobom zdarzyło się zgubić, zwłaszcza po zmroku. Myślę, że warto to wziąć pod uwagę jeśli jesteśmy niewprawnymi kierowcami i w miarę możliwości wyjechać wcześniej, aby mieć zapas czasu.
- PARKING: Z zaparkowaniem auta nie było problemu – można je zostawić przy cerkwi, tuż obok chaty, w której odbywały się warsztaty dzikiej kuchni.
- PRZYDASIE: Warto zabrać coś, w co będziemy wkładać rośliny, robiąc coś na kształt zielnika (ja miałam zeszyt z twardą oprawą). W trakcie spaceru nie ma dużo czasu na swobodne rozkładanie się z zielnikami, podpisywanie roślin, przyklejanie itp., ale braki można uzupełnić po przyjściu do obozowiska. Na miejscu warsztatów było mnóstwo wiklinowych koszy dostępnych dla uczestników. Jeśli zabieramy z domu swój kosz, a jesteśmy do niego emocjonalnie przywiązani, warto go sobie jakoś oznaczyć, bo zniknie w tłumie innych wiklinowych cudeniek. Z takich podstawowych rzeczy warto oczywiście zabrać nakrycie głowy i wygodne buty odporne na błoto. Przyda się też lżejsze obuwie, na które będziemy mogli się przerzucić podczas pracy przy palenisku (jest zadaszone).
- ORGANIZACJA NA MIEJSCU: Podczas warsztatów Łukaszowi pomagała sąsiadka, która sprawnie ogarniała cały galimatias typu bieżące mycie naczyń, rozpalanie paleniska. Dzięki temu uczestnicy mogli w pełni wykorzystać czas merytorycznie.
- JAK ZAPAMIĘTAĆ OMAWIANE NA WARSZTATACH ROŚLINY? Niektórzy nagrywali dla siebie krótkie filmiki, w których pokazywali roślinę i powtarzali do aparatu, za Łukaszem, najważniejsze informacje o roślinie. Ja jednak najlepiej się czuję w towarzystwie kartki papieru i pisadła. Najpierw robiłam zdjęcie rośliny aparatem, a potem w notesie wpisywałam numer zdjęcia i najważniejsze dla mnie informacje o roślinie. Mi to rozwiązanie sprawdziło się dobrze. Liczba gatunków omawianych podczas warsztatów jest naprawdę imponująca i nie wyobrażam sobie zapamiętania od razu nawet połowy z nich.
PS. Weź proszę pod uwagę, że opisuję warsztaty z września 2020 roku. Jeśli czytasz ten wpis później, to kwestie praktyczne mogły się nieco zmienić.
PS 2. Szczegółowe informacje o warsztatach dostępne są na stronie internetowej dr hab. Łukasza Łuczaja https://www.luczaj.com/warsztaty.htm
PS 3. Nie jest to wpis reklamowy, w żaden sposób nie współpracuję z prowadzącym warsztaty. Opisuję swoje doświadczenie z perspektywy uczestniczki. Może dzięki temu łatwiej będzie Ci podjąć decyzję, czy warto wziąć udział w warsztatach, ponieważ są (w mojej ocenie) dość kosztowne.
